www.smyki.pl

Stronę Danusi odwiedziło juz 176624 osób.

 
Chcę żeby wszyscy o Tobie usłyszeli

Przez świat Anioł szedł i gołym duszom ciała rozdawał. Zdrowe i chore w koszyku miał.

Te słabe wstydliwie na samym dnie chował.

Kiedy już wszystkie rozdał zatrzymało Go smutne dziecko i płacząc spytało:- dlaczego mi dałeś z chorobą ciało?

Anioł chciał coś powiedzieć lecz ze wzruszenia zaczął jąkać się:

Kochane dziecko brakło mi zdrowych ale ludziom nie wierz, że Bóg tak chciał...

- ks. Lucjan Szczepaniak SCJ -

 


 

 

O Danusi

 

Tytułem wstępu

Moja córeczka urodziła się w piękny, ciepły sierpniowy dzień 2004 roku. Choć poród trwał dziewięć godzin, był męczący i bolesny ale odbył się w miłej atmosferze, z mężem u boku i był chyba najszczęśliwszym dniem w moim życiu. Daliśmy jej na imię Danusia choć ja mówiłam do niej Kropeczko, a jej tatuś - Groszku-Paproszku. Mąż z dzieckiem poszli na pierwsze badania i ważenia, a mnie w tym czasie nakarmili (dostałam czerwony barszczyk i ryż z jabłkiem i cynamonem – nie zapomnę tego nigdy, byłam wycieńczona i głodna, strasznie mi smakowało), po zbadaniu córeczki przyszła do mnie pani doktor i powiedziała, że dziecko jest zdrowe, dostało 10 pkt. i waży 3200g. Kiedy położyli ją obok mnie natychmiast zapomniałam o bólu i wszystkich nieprzyjemnościach jakie przeszłam. Położna pomogła przystawić mi ja do piersi i obie szybko załapałyśmy o co w tym chodzi. Od początku byłyśmy razem na sali. Z powodu przedłuzającej sie żółtaczki przetrzymali nas w szpitalu 10 dni. Nastąpił oczekiwany dzień powrotu do domu. Przy wypisie zapewniali nas, że wszystko jest w porządku

Ta mała istotka szybko wkradła się w nasze serca, odmieniając nasze życie i rozbijając jego dotychczasowy rytm. Nocne wstawanie, spacery, kąpiele – to wszystko było dla nas czymś nowym czego musieliśmy się wszyscy w trójkę nauczyć.

Danusia była grzecznym i spokojnym dzieckiem. Na karmienia budziła się regularnie, w przerwach dając nam się wyspać, a wszelkie nasze nieporadne jeszcze zabiegi pielęgnacyjne znosiła bardzo cierpliwie.

Staraliśmy się poświęcić jej każdą chwilę nie spodziewając się, że cokolwiek może zburzyć nasze szczęście i że czeka nas tak długa rozłąka.

27 września nagle zachorowała. Przez zwykły pech, a może czyjąś opieszałość doszło do sepsy, a w jej następstwie do rozległego wylewu. Przewieziono ją natychmiast do innego szpitala na oddział reanimacyjny gdzie ratowali ją od śmierci. Tego dnia zawyrokowali, że większe szanse są na to, że umrze niż, że przeżyje. Pobiegliśmy do pobliskiego zakonu po ojca franciszkanina, żeby przyszedł ją ochrzcić, a matką chrzestną jest jedna z pielęgniarek. Teraz już wiem, że nie ma co czekać na to aż znajdzie się dogodny moment żeby zjechała się cała rodzina i z kolejnym dzieckiem postąpię inaczej (chrzest będzie jak najszybciej a huczna impreza na roczek). Tego dnia i przez całą noc gnębiliśmy lekarzy telefonami z jednym pytaniem „czy jeszcze żyje?”. Choć kolejne dni były dla mnie szkołą życia, bardzo mnie odmieniły i pewnie było mi to potrzebne, tak ten jeden dzień chciałabym na zawsze zapomnieć. Starałam się pojąć czemu tak się stało, a to czego nie rozumiałam dopełniałam wiarą w to, że nic nie dzieje się bez przyczyny, szczególnie nasze cierpienie, że może ma to pomóc w naszym zbawieniu, zmienić życie kogoś z naszej rodziny albo nas i tak też się stało. Ja zmieniłam się bardzo.

Kiedy po dwóch dniach troszkę ja ustabilizowali postanowili, że trzeba przeprowadzić trepanację czaszki i założyć drenaż żeby odprowadzić z mózgu krew i płyny, które się nagromadziły i zwiększają ciśnienie niszcząc komórki. Trzeba było przewieść ją do innego szpitala, a na moje pytanie czy można ją transportować w takim stanie, lekarz odpowiedział, że albo umrze w karetce albo tutaj jeśli tego nie zrobimy. Przeżyła i transport i zabieg, ale z badania tomografem komputerowym wynikało, że razem z płynami i krwią uwalniają się przez dren komórki mózgowe pozostawiając po sobie dziury. Ogólnie powiedzieli, że dziecko ma „zupę w głowie” i nie dają jej żadnych szans. Kiedy wszystko się unormowało, mąż musiał wrócić do pracy, a dni się od siebie nie różniły, postanowiłam że i ja muszę znaleźć się między ludzmi i wrócić do pracy bo zwariuję siedząc w domu i wpatrując się w puste łóżeczko. Na szczęście kodeks pracy przewiduje możliwość przerwania urlopu macierzyńskiego i powrotu po wyjściu dziecka ze szpitala.

Po dziesięciu dniach stwierdzili, że nic więcej tam na chirurgii nie mogą dla niej zrobić i wraca do poprzedniego szpitala. Przekazując ją powiedzieli, że uszkodzenia mózgu są tak rozległe, że funkcje życiowe wygasną i jeśli serce zaczęło by przystawać to oni nie widzą sensu reanimacji.

Znaleźliśmy się ponownie w szpitalu dziecięcym na oddziale reanimacji gdzie dbali o zlikwidowanie wszelkich infekcji, o to żeby się nie anemizowała i ogólnie podtrzymywali ją przy życiu. Już w poprzednim szpitalu zaczęli podawać jej pokarm przez sondę najpierw podając jej 5 ml herbatki, z którym sobie poradziła, później coraz więcej aż wreszcie zaczęli podawać jej moje mleczko, z którym też nie miała problemów. Porcje stawały się coraz większe i Danusia również. Wszystkie oddechy wykonywał za nią respirator. Przez długi okres dostawała morfinę więc cały czas spała i nie ruszała się, później przeszła na leki przeciwbólowe i czasem obejmowała rączkom wsadzony w dłoń palec. Doszliśmy do etapu kiedy nie dostawała żadnych leków była coraz częściej rozbudzona i bez mrugnięcia wciągała 6 razy dzienne 150 ml mojego mleka. Zauważyliśmy, że podnosi lekko rączki i napina nóżki. Długo jeszcze lekarze na nasze pytania o te ruchy czy grymas płaczu na jej twarzy odpowiadali, że to odruchy neurologiczne spowodowane uszkodzeniem mózgu. Odbierając nam radość z widzianych naszymi oczami postępów.

W tej chwili nic nie można stwierdzić jednoznacznie, dopóki jest na respiratorze nie można przeprowadzić badań neurologicznych. Może nigdy nie podjąć oddychania, może mieć niedowłady albo paraliż, może być upośledzona umysłowo i może być zupełnie zdrowa bo zdrowe części mózgu mogą przejąć funkcje tych uszkodzonych. Nikt nie może nam powiedzieć co nas czeka. Ale nam jest to obojętne. Niezależnie co się stanie będziemy ją zawsze kochać i dołożymy starań, żeby nadrobić zaległości i czas rozłąki, a nawet jeśli jej się pogorszy i odejdzie to i tak będzie aniołkiem i nawet jeśli będziemy tęsknić to ona będzie szczęśliwa.

Teraz już nie boję się śmierci, ani bliskich ani swojej. Już wiem co to znaczy, że trzeba kochać ludzi bo szybko odchodzą i że trzeba zawsze dbać o to żeby być w łasce uświęcającej bo nikt nie wie kiedy przyjdzie ta jego chwila i może nie być czasu poprawiać się na starość. Widziałam mnóstwo cierpienia rodziców. Jesteśmy tam już bardzo długo i przewijają się różne dzieci i takie maluszki jak nasz i nastolatki, które próbowały odebrać sobie życie, albo się "naćpały". Pomyślałam, że jaka to różnica czy spotkało mnie to teraz czy za parę lat moje dziecko mogłoby wpaść pod samochód albo zostać zabite, cokolwiek... przecież nikt z nas nie ma monopolu na szczęście. I patrząc się na cierpiących ludzi zawsze mi się wydaje, ze oni są w gorszej sytuacji niż ja. Mam tylko nadzieję, że tak jak my potrafili dostrzec obecność Boga w tak ciężkich chwilach bo nam to bardzo pomaga. Zaczęłam mieć taż dziką satysfakcję z dzielenia się z innymi moją historią bo zauważyłam, ze ludzie widzą wtedy, jakie ich problemy są małe i zaczynają doceniać to co mają.

Zapraszam do przeczytania archiwum z września i października opisałam tam co działo sie z nami przez pierwszy rok w szpitalu.

 {archiwum}