Mały przewodnik po Krainie Czarów


Aby poprawnie widzieć wszystko, co się tutaj dzieje, musisz mieć czarodziejską różdżkę, zwaną wtyczką Adobe Flash Player.
Nie mam licznika, przyjaźni nie odliczam cyferkami. Jeśli chcesz pokazać mi, że podoba Ci się tutaj, zostaw swój komentarz lub wpisz się do Wielkiej Księgi Czarów.

Słów kilka o świecie:

Dziedziniec Zamkowy
To tutaj pojawiają się wieści o życiu Alicji i jej Rodzinki.
Z tego miejsca można odwiedzać przyjazne mi krainy, czyli blogi moich przyjaciół, jak i inne strony, na które zaglądam regularnie.
Znaleźć tu też można archiwum starszych wieści (dla ułatwienia nie umieszczono ich w bibliotece).

Karczma
Miejsce, gdzie możesz dowiedzieć się więcej o Alicji, o tym, co, gdzie i kiedy sie wydarzyło, a także nadstawić ucha na to, co Alicja powiedziała.
Może uda Ci się też usłyszeć jakąś ciekawą opowieść?

Galeria
Jak sama nazwa mówi, mieści się tutaj galeria obrazów.
Zajrzyj, zobacz na własne oczy Alicję i jej Rodzinkę.

Skarbiec
To strefa pod nadzorem Mamuchy.
Tutaj, w skrzyneczkach, umieszczone są freebies zrobione przez Mamuchę.
Wejdź bez obaw, wyjdź bogatszy!

Biblioteka
Tu przechowywana jest moja Wielka Księga Czarów, w której każdy może zostawić swoje zaklęcie. Mój bibliotekarz skrupulatnie spisuje je wszystkie, cenię każdy,
nawet najmniejszy czar!
Tutaj też można zaprenumerować mój blog.

Życzę udanej zabawy i zapraszam do odwiedzania mojej Krainy.
Z czasem będzie się ona zmieniać i rozrastać.
Nie przegap tego!

Alicja S.

Freebies i produkty Mamuchy można znaleźć tutaj:





2008-12-28 00:36
Ku pamięci.

Ta notka to tak żeby nic nie poszło w niepamięć. To znaczy nic więcej, bo kilka rzeczy umknęło już i minęło bezpowrotnie, a Mamucha nie zapisała i o, nie pamiętamy ich teraz. Na przykład nie pamiętamy, kiedy wyszły mi kolejne zęby, i za Chiny Ludowe Mamucha nie może sobie przypomnieć. Wiemy tylko, że dolne czwórki (z pominięciem trójek) wyszły jakoś na początku grudnia, a zaraz po nich pojawiła się lewa górna czwórka, też poza kolejnością.

Ale zaraz zaraz.. na czym to stanęło poprzednim razem? Aha, już wiem. Tak więc informacji ciąg dalszy: znów zaczęłam chodzić na basen! Tym razem to Tatuch moczy się ze mną w wodzie, nie Mamucha. Jestem już większa i cięższa, więc Mamucha stwierdziła, że nie da rady machać mną w różne strony, wystarczająco nadźwiga się mnie na spacerach i po schodach. Tatuch nie miał więc innego wyjścia, tylko zgodzić się na cotygodniowe zanurzenie. Niestety chodzę nadal do grupy dla mamuchów, bo nie było w starszej grupie miejsc, no ale dobre i to. Ćwiczę z zapałem i uśmiechem, uwielbiam nurkowanie i zeskakiwanie z murku do wody. Ogólnie swobodniej się zachowuję w wodzie teraz niż w zeszłym roku. Oczywiście zdjęć nie zabrakło:

 









 

Ogólnie bardzo lubię wodę, codzinną kąpiel też. A gdy Tatuch narobi piany i bawi się nia ze mną, jest super! Tuż przed Świętami Tatuch  zrobił ze mnie Mikołaja:

 

 
Po kąpieli Tatuch zawsze mnie czesze, nie zawsz jednak jak grzeczną dziewczynkę:
 


Poza tym nasze życie płynie utartym torem: spacery, zakupy, zabawa, walka z moim niejedzeniem.. norma. Miłą odmianą na spacerach był śnieg, który niestety prawie natychmiast stopniał. Zdążyłam jednak pobiegać po białym puchu, uciekając Mamie i przewracając się co chwilę.


Miłą odmianą była również wizyta Cioci Oli (tej z Ustki) z wnukami, czyli Wojtkiem i Martą. Całkiem fajnie razem spędzaliśmy czas, wymieniając się zabawkami:




W międzyczasie byłam u Pani Alergolog w Poradni, ale gra była niewarta świeczki. Naczekaliśmy się tam strasznie długo, a wizyta trwała może z 10 minut, łącznie z badaniem znienawidzonym przeze mnie stetoskopem. Bez płaczu się nie obeszło. Pani doktor mnie zbadała i zważyła (ważyłam wtedy 8950 g) i zapisała jakis środek zwiększający kalorycznośc posiłków. Mamucha dosypuje mi go teraz do kaszy. Jakie to da efekty, zobaczymy poźniej (po Świętach), pójdziemy wtedy zważyć się. To znaczy mnie.

Właśnie...Święta. Istne szaleństwo. Ponieważ Wigilia miała odbyć się u nas, Mamucha sprzątała jak szalona (Tatuch jej pomagał, gdy mógł, bo przecież pracował), gotowania też trochę było, chociaż mniej, bo Mamucha sprytnie porozdzielała obowiązki kulinarne po Babciach. Ja też dzielnie pomagałam, na przykład w odkurzaniu:

 

 
Pomagałam również Mamie przy ubieraniu choinki, na przykład wyciągałam bombki z pudełek...





... i sprawdzałam, czy niteczki dobrze trzymają:





O rany, ta postać w bombce to ja!





Poprawiałam też ozdoby, które Mamucha już zawiesiła:


Po tych wszystkich przygotowaniach w końcu nadszedł TEN dzień. Przyszli wszyscy goście, czyli Prababcia Ala, Babcia Iwka z Dziadkiem Michałem i Babcia Krysia, ale główną rolę odegrałam oczywiście ja.






 
Po ceremonii dzielenia się opłatkiem (był całkiem smaczny) i pierwszej gorącej potrawie, czyli zupie rybnej (też mi smakowała), przyszedł czas na prezenty. Musiałam skorzystać z pomocy Rodziców, bo przecież sama nie dałabym sobie rady z tą masą papieru opakowaniowego i wstążek. Najpierw z pomocą przyszła mi Mamucha:

 




Póżniej już świetnie sama dawałam sobie radę...





... do czasu, gdy przyszedł czas na kolejny prezent. Tym razem w sukurs przyszedł Tatuch:





Ciekawe, kto ma większą radochę?



Trzeba przymierzyć, czy będzie dobrze:



Kręci się aby?



Trzeba to sprawdzić:



Pasuje!



A później były rozmowy, żarty, śmiechy... Wręcz napady śmiechu..







Chwile powagi i odpoczynku też były:






Oprócz klocków i żyrafki dostałam jeszcze sanki i pieniążka, wszystko oczywiście od Mikołaja. Sanki zostały schowane, bo śniegu nie ma, a za pieniążka Rodzice coś mi kupią. Sami jeszcze nie wiedzą co, więc może być wesoło.

W pierwszy dzień Świąt pojechaliśmy na obiad do Babci Krysi. Tam też czekał na mnie prezent od Mikołaja, (grająca lokomotywa) jednak rozpakowywanie nie zostało uwiecznione, bo zaskoczyłam Mamuchę, gdy sama sie porządziłam i wzięłam prezent Za to dzielnie pomagałam Marcinowi i Marcie rozpakowywać ich prezenty:







Nawet tańce były!



A póżniej odpoczynek przy grze, którą dostał Marcin. Oczywiście moja asysta była konieczna, inaczej nie poradziliby sobie:



Czekoladowy Mikołaj tez był atrakcją, do tego stopnia, że zjadłam całego! Gdyby Mamucha dawała mi takie dania codziennie, to jadłabym znacznie lepiej, niż teraz!


 
Drugi dzień Świąt był już spokojniejszy. Pojechaliśmy do Babci Iwki, gdzie okazało się, że Mikołaj ma dla mnie jeszcze jedną niespodziankę - wór klocków! Super! Zwłaszcza, że nie musiałam bawić się sama, Tatuch i Dziedek chętnie mi towarzyszyli:



Mamucha, jak to Mamucha, wolała spokojniejsze zabawy:



Tak Kochani, Święta Święta i po Świętach! Kolejne już za rok!
Do następnego przeczytania!
 
 

Dałeś się zaczarować? Napisz!
Komentarze
Moim czarom uległo 12 gości

2008-11-08 00:13
O matko, ja chodze!

No dobra... chodzę już od miesiąca z okładem, właściwie swoje pierwsze kroki (dosłownie 3) zrobiłam w szpitalu jeszcze, teraz jednak coraz lepiej mi idzie, więc można sie pokazać światu. Tak naprawdę chodzić zaczęłam tydzień po powrocie ze szpitala. Swobodnie już przemieszczam się po mieszkaniu, a i na spacerze sama drobię kroczki, (sama w sensie nie trzymania się niczego), albo dzielnie pcham swój wózek, czyli drepczę trzymając się rączki. Na placu zabaw potrafię uciec Mamie, gdy znudzi mi się karuzela i chciałabym pozjeżdżać na ślizgawce (albo odwrotnie). Są na to dowody w postaci filmików nakręconych przez Mamuchę aparatem (stąd kiepska jakość i malutkie 'okienko').

Co tu jeszcze... aha, wyniki. Są dobre, to znaczy niczego nie wykazały, ani celiakii, ani alergii pokarmowej. Co nie oznacza, że owej alergii nie posiadam, tak twierdzi Pan Doktor Ze Szpitala. Kazał nam zgłosić się do poradni alergologicznej, termin mamy na 8 grudnia. Zobaczymy, co nam tam powiedzą. Mamucha odstawiła mi mleko krowie, czyli wszelkie Danonki, ser żółty i inne tego typu produkty (szkoda, bo uwielbiam ser żółty) i jak dotąd widzimy poprawę. Wprawdzie nie wiem, czy przybrałam na wadze, bo jeszcze nie byłyśmy w przychodni, ale przynajmniej kupek tylu nie ma, co wcześniej.

Poza tym jestem zdrowa. Już. To znaczy po przyjściu ze szpitala okazało się, że zabrałam stamtąd do domu jakiegoś wirusa, co skończyło się najpierw katarem, a później i kaszlem. Na szczęście obeszło się bez gorączki i co najważniejsze, bez antybiotyku. Miesiąc jednak spędziłyśmy w domu, nie wychodząc w ogóle na dwór. Za to teraz nadrabiamy i mimo kiepskiej w sumie pogody staramy się być na dworzu jak najdłużej się da.

W ogóle Mamucha mówi, że jestem cwaniara i łobuziara. Ja tu nie być, skoro możliwości coraz większe? Dosięgam już całkiem wysoko, potrafię na przykład ściągnąć coś ze stołu czy z biurka Mamuchy. Jeszcze tylko troszkę, i sama będę otwierać sobie drzwi. Ulubionymi zabawkami są piloty od telewizora i dekodera i telefony, zarówno Mamuchy jak i Tatucha. W końcu Rodzice wpadli na pomysł, żeby mi taki telefon kupić. No, może nie dokładnie taki, tylko zabawkowy, mówiący i grający, ale nie bardzo mi się on podoba, bo gra cichutko, i żeby dobrze słyszeć, trzeba go przykładać do ucha, nie tak jak Tatuchowy, który gra fajne melodyjki całkiem głośno. Bardzo lubię te melodyjki, nie tylko te z resztą, w ogole ogromna ze mnie melomanka. Tańczę przy wszystkim, przy czym sie da, nawet przy włączonej pralce, o radiu nie wspomnę. Mamucha już teraz snuje plany, gdzie by mnie tu zapisać (oprócz jazdy konnej) - na balet czy do szkoły muzycznej.

Ogólnie jestem bardzo samodzielna. Na huśtawkach czy karuzeli Mamucha nie musi mnie już asekurować, bo siedzę samodzielnie, trzymając się rączkami. Potrafię też już sama zjeżdzać na zjeżdżalni, Mamucha tylko łapie mnie na dole. Sama się czeszę, sama zakładam sobie buty albo skarpetki (oczywiście na tyle, na ile potrafię, ale przynajmniej kojarzę co do czego służy), próbuję sama jeść, nieźle mi idzie, zwłaszcza jedzenie palcami (widelcem gorzej, Mamucha nieraz straciłaby oko). No i pomagam Mamie w kuchni. Moim ulubionym zajęciem jest grzebanie tam gdzie nie trzeba, czyli w śmieciach, albo układanie Mamie w szafce z garnkami i produktami sypkimi. Mówię Wam, ciągle mam tam coś do roboty, bo Mamucha nieustannie coś tam przestawia, i znów nie wygląda tak jak trzeba. Dobrze, że ma mnie! Inaczej niechybnie zginęłaby w bałaganie kuchennym.

Poza tym dość dobrze dogaduję się z Mamuchą. Potrafię powiedzieć 'herbatka' i 'kaszka'. Nie brzmi to jeszcze tak, jak brzmi, gdy mówi Mamucha, ale i tak się rozumiemy, więc nie jest źle. Mówię 'tak' kiwając przy tym głową, chociaż Mamucha twierdzi, że nie zawsze wychodzi 'w kontekscie'. Nie ważne, ważne, że mówię. Mama, Tata, Dada i Baba to już chleb powszedni. Tak naprawdę jestem bardzo rozgadana (a czasem wręcz rozkrzyczana), ale nikt mnie nie rozumie, więc najczęściej gadam sama do siebie. No chyba że czytam Mamie książeczki, wtedy Mamucha słucha i kiwa głową. Wygląda na to, że wtedy wie, co mówię. Kojarzę też, kiedy książeczka jest do góry nogami. Aha, i potafię przytulać maskotki, Mamucha mi pokazała. Na moje nieszczęście szybko załapałam, bo teraz Mamucha ciągle chce, żeby ją przytulać. Przylepa jedna. Co to będzie, jak pójdę do żłobka? Mamucha się zapłacze z tęsknoty chyba.

No dobrze, czas na jakieś zdjęcia. Zdjęcia i filmiki! Zobaczcie, jak dzielnie idę przez życie!

 
Przed niedzielnym (i pierwszym od miesiąca) wyjściem na lody Mamucha mnie wystroiła w sukienkę.

 




Powrót z lodów:



Na spacerze...



... i placu zabaw:





A teraz filmiki:

 


 

Dałeś się zaczarować? Napisz!
Komentarze
Moim czarom uległo 11 gości

2008-10-08 12:00
Zapachniało...

... jesienią. I szpitalem, niestety. Ponieważ za mało przybieram na wadze, Mamucha postanowiła porobić mi badania lekarskie stwierdzające, dlaczego tak się dzieje. A żeby się nie rozdrabniać i nie łazić po przychodniach i nie wiadomo gdzie jeszcze, Mamucha od razu wypaliła z grubej rury i załatwiła skierowanie do szpitala, na oddział Gastrologiczny i Alergologiczny. Niestety, posłuchała przy tym Tatucha, i zamiast od poniedziałku, poszłyśmy do szpitala wcześniej, w czwartek. I to był błąd (który Mamucha przewidziała przecież, ale Tatuch zamieszał), bo w czwartek nic lekarze nie robili, dopiero w piątek. A przez cały weekend siedziałyśmy na oddziale jak te niemądre, bo przecież lekarze też mają weekend, więc nic się nie działo. Dopiero w poniedziałek (ten, w który pierwotnie miałyśmy tutaj przyjść) zapadła decyzja, co ze mną (nami) dalej. Pierwsze badania, pobrane w piątek, nic nie wykazały, wszystkie wyniki mieściły się w normie, wiec postanowiono pobrać kolejny hektolitr krwi, żeby zrobić dodatkowe. Zrobiono to w poniedziałek, a we wtorek byłyśmy już w domu. Czekamy teraz na wyniki tych badań, dopiero za mniej więcej dwa tygodnie dowiemy się, co mniej więcej mi dolega. Lekarze podejrzewają albo alergię pokarmową na krowie mleko albo celiaklię. Oby to było to pierwsze.
    Jak już mówiłam, prawie cały weekend spędziłyśmy w niewielkim dwuosobowym boksie, w którym początkowo byłyśmy same, jednak po krótkim czasie złośliwa pielęgniarka ’dołożyła’ nam lokatorów - Adasia i jego Mamę. Mówię ’złośliwa’, ponieważ dwa sąsiednie boksy stały puste przez cały weekend, a my musieliśmy sie gnieść w czwórkę na niewielkiej przestrzeni. Żeby jeszcze można było wyjść na korytarz, pospacerować, ale nie! Przecież ogólnie rzecz biorąc jestem zdrowa (Adaś też, o tym za chwilę), a na oddziale większość dzieci miało albo zapalenia płuc, albo przewlekłe biegunki czy inne rotawirusy. Tak więc, żebyśmy nie złapali czegoś zakaźnego, cały czas musieliśmy siedzieć w boksie. Koszmar! Nawet nie bardzo można było bawić się na podłodze, bo przecież zarazki roznoszą pielęgniarki na butach. Zostały więc łóżeczka (później Mama Adasia wpadła na pomysł, żeby rozłożyć koc na podłodze), więc wesoło nie było. Jedyna odskocznią był spacer w niedzielę po przyszpitalnym parku, oraz wycieczki po schodach na dół, do kawiarenki. Dobra i taka rozrywka, gdy rozrywek ogólnie było brak. Niestety w poniedziałek już nie mogłyśmy wyjść na dwór, pani ordynator zabroniła (nie było jej w weekend, całe szczęście), bo - uwaga! - w przyszpitalnym parku mógłby ugryźć mnie pies! Niektórym dolega brak wyobraźni, ale nadmiar wyobraźni też najwidoczniej jest szkodliwy, zwłaszcza dla otoczenia. Ech...szkoda gadać, ale co Mamucha zjadła nerwów w tym szpitalu, to słowo ludzkie nie opisze.
    A Adaś trafił do szpitala, bo napił się płynu do prania. Łakomczuch! Wyszło mu to jednak bokiem, bo od piątkowego wieczoru nie mógł nic jeść ani pić, ciągle podłączony był do kroplówki, bo czekał, aż zrobią mu gastroskopię, czyli zajrzą do żołądka. W normalnych okolicznościach (czyli w tygodniu) miałby to badanie robione od razu, jednak w weekend.. no cóż, i tak mu się udało, że zrobili mu badanie w niedzielę. W każdym razie wycierpiał się biedak, a my trochę przy nim, bo w nocy też dostawał kroplówki, więc siostry wchodziły do naszego boksu co jakiś czas i zapalały światło, a ja się wtedy budziłam. Mamucha aż zagryzała szczęki z nerwów, w końcu jednak nie wytrzymała i zwróciła uwagę kilku siostrom, poza tym Tatuch przywiózł małą lampkę, która pomogła nam przetrwać ostatnie noce w miarę spokojnie.
    W ten oto sposób przepadły nam zajęcia na basenie w sobotę (pierwsze w tym roku!) i szczepienie w poniedziałek (tym akurat nie bardzo się martwię). Żeby było śmieszniej, po powrocie do domu okazało się, że złapałam jakiś straszny katar, który do tej pory daje mi się we znaki. Dobrze chociaż, że gorączki ani nic innego nie mam, tylko ten katar (przez który również opuściłam kolejne zajęcia na basenie i kolejny termin szczepienia również przepadł). Nieszczęścia chodzą stadami.
    No dobra, koniec narzekania, czekamy na wyniki badań i modlimy się, żeby gastroskopia nie była konieczna, bo znów wylądujemy w szpitalu. Na poprawę nastroju pokażę Wam, jak świetnie bawiłam się na spacerze w niedzielę. Wspaniała pogoda i piękna jesień poprawiły nam humory na długo, nawet szpitalne zamknięcie nie było tak straszne. Zobaczcie sami.










W deszczu spadających liści:







Nie ma to jak zabawa w szeleszczących liściach:



Tatuch zafundował mi huśtawkę. Zdjęcie jest rozmazane, bo tak szybko się huśtałam:



Z Tatuchem na koniec świata:



Trzeba się posilić. Kilka kęsów ciastka wystarczająco uzupełniło moje siły, reszta poczęstowałam ptaszki:


Tatuch przechodził samego siebie w wymyślaniu mi rozrywek:



A tutaj zabawa z Adasiem. Fajny z niego facet. W dodatku jest tylko jeden dzień ode mnie starszy, czyli jesteśmy prawie bliźniakami!

Zapomniałam Wam powiedzieć, że już nieźle radzę sobie na dwóch nogach! Prowadzona za rączkę potrafię przejść naprawdę spore odległości. Na przykład cały spacer po przyszpitalnym parku odbyłam o własnych siłach! Udaje mi się czasem zrobić kilka kroków samodzielnie, ale jeszcze nie jestem gotowa na taką rewolucje, więc zaraz gdy tylko się zorientuję, że idę sama, siadam i dalszą drogę pokonuję na czworaka. Pewnie już niedługo będę chodzić sama, ale póki co, wolę żeby było przy mnie któreś z rodziców.

Dałeś się zaczarować? Napisz!
Komentarze
Moim czarom uległo 7 gości


Archiwum:
2008 Grudzień Listopad Październik Wrzesień Sierpień Lipiec Czerwiec Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń
2007 Maj Kwiecień Marzec Luty Styczeń
akta Melka Elemelka
Babiniec
blog Ciotki Oleśki
Forum Scrapclub
Forum Scrappassion
notki Mamrotki
pamiętnik Alexandry
pamiętnik Bryanka
pamiętnik Dominisia
pamiętnik Igusi
pamiętnik Kamilka
pamiętnik Karolka-Wasylka
pamiętnik Kubusia
pamiętnik Maciusia
pamiętnik Majeczki
pamiętnik Martynki
pamiętnik Martysi i Kuby
pamiętnik Monisi
pamiętnik Olinki
pamiętnik Patrysia
pamiętnik Pychotki
pamiętnik Tysi
pamiętnik Yves\'ka
pamiętnik Zosi
pamiętnik Zuzi Słoneczka
pamiętnik Zuziaczka
Sałatkowo
ulotne chwile