Smyki.pl - masz dziecko? pokaz je swiatu! Smyki.pl - masz dziecko? pokaz je swiatu!
Strona glowna Strona o mnie Galeria Pomoc Ksiega gosci Podziękowanie

Informacje z 2010.12:



2010-12-29 21:45

Pożegnanie z żółwiem

Trochę później niż ostatnio obiecałem, bo dopiero dziś opowiem Wam jak pożegnałem "skorupę białego żółwia".
Tym razem wycieczka do Otwocka była jednodniowa. Zawiózł nas niezawodny w tym temacie wujek Robert.
Na miejscu w przychodni jest jeszcze więcej pacjentów niż ostatnio. Co wydaje się być niemożliwe, a jednak. Powód jest chyba taki, że dziś przyjmuje pan Profesor. My nauczeni ostatnimi doświadczeniami, omijamy szerokim łukiem ogromną kolejkę i od razu idziemy do gipsowni. Jak chcesz przetrwać musisz się adaptować w nowym środowisku. Właściwie idę tylko z tatą, bo mama poszła odebrać szynę. Taki nasz rodzinny fortel, plan na zyskanie czasu. Wujek Robert został w samochodzie pospać. Co nie bardzo mu się udało przez hałas panujący na parkingu i po pewnym czasie do nas dołączył.
Nie uwierzycie, ale do gipsowni nie było kolejki. Jestem pierwszy i od razu zjawił się Pan "gipsiarz". Wiem nazwałem Go jak jakąś postać z horroru, ale tak naprawdę to jest z niego fajny gość. I chyba nie będzie na mnie zły za tą żartobliwą ksywkę. Kontynuujmy. "Gipsownik" w końcu uwolnił moją nogę. To był cudowny moment. Byłem tylko trochę nie pewny czy za chwilę to się nie zmieni i przy współudziale Pana G. i tak bardzo niechciana przeze mnie "skorupa" nie wróci. Okazało się, że "żółwiowy domek" nie wraca. Pa pa gipsie (dobra, dobra wiem miałem inaczej go nazywać, uznajmy że mi się wymsknęło z tej euforii). Wróciła za to mama z szyną i poszliśmy stanąć w kolejce do Profesora. Wtedy nic to jeszcze dla mnie nie znaczyło, więc siedziałem w wózku i szukałem wzrokiem mamy, która zniknęła w tłumie i starała się coś przyśpieszyć. Niestety taki sam cel miała pozostała część pacjentów.
Moja mama jest jednak niezawodna i po którejś próbie "przyśpieszania" udało się. Z polecenia Pana Profesora szynę założyła mi inna pani doktor, a Profesor skontrolował czy jest dobrze i dał zalecenia co dalej. Mogliśmy wracać.
Wiecie przez jakiś czas to i może ta szyna była zabawna, ale ile w końcu można wytrzymać: dzień, tydzień...? Po chyba trzech godzinach miałem dość. Tym bardziej, że od prawie godziny staliśmy w korku. Podobno na drodze nic się nie stało, a sytuacja była spowodowana zwężeniami. I wtedy to właśnie dałem taki popis, że w samochodzie jednogłośnie zapadła decyzja o uwolnieniu mnie z szyny. Wydawało mi się, że to koniec moich męczarni i jestem wolny, a właściwie to moje nogi są. Już na zawsze. Cóż mały jestem i nie umie jeszcze przewidywać wydarzeń.
Nie potrafię mówić. Przynajmniej nie w tym języku w którym się porozumiewa ogół społeczeństwa. Uwierzcie mi, że potrafię za to świetnie wyrazić to co odczuwam w inny sposób. Tak było, gdy rodzice założyli mi dyby.
Jak już się zapewne domyśliliście DyBy to szyna Denis-Browna. Opowiem Wam o niej. Są to dwa buty, które łączy sztywny pręt długości takiej jak rozpiętość ramion osoby ją noszącej (u mnie 24 cm). Buty nie są prosto ustawione tylko w odwiedzeniu. Pięty znajdują się na końcach pręta, a całość stopy odprowadzana (skręcana) jest na zewnątrz. Zresztą sami zobaczycie na zdjęciach.
Metoda Ponsetiego najlepsze daje efekty u noworodków i dla nich jest stworzona. Nie bez powodu. Ja już jestem na to za stary. Proszę mnie zrozumieć, potrafię więcej niż noworodek. Moje poruszanie się oprócz podczołgiwania i foczenia to głównie obracanie się z brzucha na plecy i z powrotem. Kiedy tylko mam na to ochotę. Zabieranie mi tego to wysoka cena za cokolwiek. A spróbujcie to zrobić z prętem szerokości ramion między kostkami i stopami skręconymi jak najbardziej na zewnątrz. I jak było? To teraz spróbujecie pomyśleć, żeby zasnąć na boku. A mnie się udało. Nie o tym pomyśleć, tylko naprawdę zasnąć. Pewnie to żadne osiągnięcie. Wiem. Po prostu chodzi o to żeby walczyć i ja się nie poddam. Na ogół z szyną zasypiam leżąc na plecach. Tak jak układają mnie do snu rodzice. To zaśnięcie na boku to był mój indywidualizm, którego nie stłamszą żadne ograniczenia. Mogę dużo i to udowadniam.
Wracając do mojego wyrażania odczuć i uczuć, widziałem jakie emocje wywołują moje reakcje na rodzicach podczas zakładania mi tych bucików z prętem. Ta ich konsekwencja jest dla mnie... budująca. Dają mi siłę, bo oni wierzą w efekt końcowy.
Silne są jednak ich obawy związane z przeciążeniami powstającymi na moich kostkach, kolanach i biodrach. Powstanie jakiegoś urazu w którymś z tych miejsc mogłoby w końcowym rozrachunku przynieść więcej złego niż moja końsko-szpotawa stopa, która była powodem rozpoczęcia tego rodzaju leczenia. Pisałem Wam już o tym jak odbiła się na mnie moja ostatnia absencja w rehabilitacji. Rodzice wiedzą, że oprócz bólu związanego z powstałym ewentualnie urazem i jego konsekwencjami, sama przerwa w rehabilitacji to nie tylko zatrzymanie mojego rozwoju, ale może i jego cofnięcie. Na razie jednak nic złego się nie dzieje, a noszę te dyby prawie 24 godziny na dobę.
Żeby jednak nie było zbyt różowo to po powrocie z Otwocka zachorowałem na zapalenie oskrzeli. Bez kataru, kaszlu, gorączki. Natomiast codziennie wieczorem po kąpieli zalewało mi oskrzela. Szczegółowy opis łapania powietrza, pozbywania się zalegającej wydzieliny i całą resztą pominę. Rodzice tłumaczyli sobie takie moje zachowanie najpierw przebytą podróżą, a potem reakcją obroną przed szyną. Wiecie, że niby mam "stresa".
Dopiero wizyta u pediatry wyjaśniła przyczynę. Przepisała nowe leki wziewne (znów na stałe leczenie). To w sumie mam ich już pięć. No i nowy steryd doustnie, ale tylko na czas zaostrzenia dolegliwości. Taki w sumie bezobjawowy sposób przebiegania choroby spowodował, że nie przerwałem rehabilitacji. Tym bardziej, że dopiero niedawno je wznowiłem.
Sam nie wiem co warte są te moje męczarnie z "żółwiem" i bucikami. Słyszałem jak mówili, że: "...stopa ładnie puściła..." Pewnie to dobrze i tak miało być.
Ale jak jest naprawdę powie pan Profesor w lutym.

PS
Zapomniałem napisać o Mikołaju. Był u mnie. Niestety znów nie udało mi się Go spotkać osobiście. Nic to może za rok się uda. Prezentów zostawił mi za to całą kupę. Znaczy nie chodzi o to, że wszystkie były takie chińskie do ... Tylko, że było ich tak dużo. Najlepsze są kluczyki z Fisher Price (brawo mama za podpowiedź Mikołajowi).

Byłem z rodzicami w markecie i chodziły tam mikołaje. Takie zwykłe, ubrane na czerwono z białą brodą. Te takie podróbki, które od prawie miesiąca sprzedają nam tylko reklamy. A nie jak ten prawdziwy. Wiecie ten nasz. Ten który rozdaje i spełnia marzenia.
I właśnie spotkania z tym Mikołajem życzę wszystkim, a szczególnie chorym dzieciakom.
Niech Mikołaj spełni te Wasze marzenia.
Pewnie wszyscy mamy takie jedno... Tak, to byłoby cudowne.

 



Komentarzy: 0 (Komentarze)





2010-12-25 20:48

Zmiana żółwia.

Pamiętacie jak ostatnio narzekałem na towarzystwo "białego żółwia"?
Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że kiedyś będę za nim tęsknić. Nie mogłem przecież przewidzieć, że gdy go już nie będzie, to moi rodzice będą zakładać mi dyby. A jednak...
Może zacznę tam gdzie ostatnio skończyłem.
Od zabiegu minęły dwa tygodnie, więc nadszedł czas wycieczki do Otwocka. Trzeba jechać żeby wzięto miarę na szynę Denis-Browna oraz zmieniono "skorupę" na nodze. Wycieczka w sumie trzydniowa. Popołudniu wyjazd, noc w hotelu i z samego rana do przychodni. Potem powrót do hotelu, aby wyschnął gips i rano powrót do domu.
W przychodni oczywiście mnóstwo pacjentów i lekarz, który jeszcze nie przyszedł. Więc czekamy. Po jakimś czasie okazuje się, że najpierw mam iść do gipsowni. Niestety tutaj jest inna kolejka, ale idzie nawet dość szybko. W końcu nadeszła moja kolej i już po chwili... jestem wolny. Mogę wyprostować nogę, dotknąć kolana, złączyć stópki. W między czasie zdjęto miarę na buciki. Te prawie dwie godziny od zdjęcia starej i założenia nowej "skorupy", to był cudowny czas. Po którym niestety znów wrócił "żółwik". Tylko tym razem zgięcie w kolanie było większe niż 90°. Prowokowało mnie to do prostowania nogi, przez co gips wgniatał mi się w udo z przodu. Rodzice już wcześniej martwili się o wpływ jaki będzie miało na biodro cztery tygodnie gipsu. Czy nie pogorszy się jego i tak już zły stan. Przy tym nowym ukształtowaniu "skorupy" mogło być naprawdę źle. Na szczęście nie było i nic złego się nie stało. Chyba. Przynajmniej nic widocznego "gołym okiem".
Zacząłem też powoli wracać do rehabilitacji. Ze względu na prawie dwa miesiące przerwy i usztywnioną nogę na początek "lajtowo". Niestety tak długa przerwa w zajęciach była widoczna. Trzeba się wziąć za siebie, żeby wrócić do tego co było. Aby potem móc jeszcze więcej.
Jakoś te następne dwa tygodnie minęły i nadszedł czas kolejnej wycieczki do Otwocka. Pora "uwolnić żółwia", a raczej mnie od niego. Jednak o tym i o dybach zakładanych mi przez rodziców napiszę jutro.

 



Komentarzy: 0 (Komentarze)





2010-12-25 12:51

Wesołych Świąt

Jeżeli święto Bożego Narodzenia niesie
z sobą pewną tęsknotę i tak wiele
czułości, tyle poruszających nas uczuć,
to dlatego że przywraca naszym oczom
obraz najkruchszego dzieciństwa.
Widzimy w niej równocześnie i piękno,
i niewinność, kruchość istnienia i opiekę,
jakiej się ona domaga, i miłość, której
od nas wszystkich oczekuje.

kard. Jean-Marie Lustiger




Czarodziejskich chwil,
ciepłej rodzinnej atmosfery,
uśmiechów, zdrówka,
pyszności na stole,
cudownych prezencików
i spełnienia marzeń.
Wesołych Świąt Bożego Narodzenia
życzy
Tomek z Rodzicami





Komentarzy: 0 (Komentarze)